książka „Śląskie wspomnienia” • Kazimiera Maria Pyka

fragment okładki


Publikacja Śląskie wspomnienia poświęcona jest egzystencji wiejskiej społeczności na Górnym Śląsku, wśród której autorka spędziła wiele lat swojego życia. W książce znajdują się opisy z życia dworu w Cieszowej, jego dzierżawcy, zarządców i ludzi tam pracujących. Autorka prezentuje warunki bytowe wiejskich nauczycieli wraz z ich problemami. Przedstawia w skrócie epizody ze swojego życia oraz z pracy córki i historii działalności chóru „Lutnia”, którego członkinią była przez wiele lat. Jeśli mowa o kulturze, nie zapomina o współtwórczyni i choreografce Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” – Elwirze Kamińskiej.




SPIS TREŚCI
  • Wstęp     
  • Dwór w Cieszowej – świadek wiekowej historii     
  • Krótka historia polskiej szkoły w Cieszowej     
  • Wspomnienie o nauczycielskiej rodzinie Szutów    
  • Wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz, mojej córce    
  • Moje wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz    
  • Zakończenie roku szkolnego 1947/1948    
  • O tradycjach sprzed pół wieku. Wspomnienie o Mastalerzowej, spotkaniach opłatkowych i maskenball     
  • Szlakiem 74 Górnośląskiego Pułku Piechoty     
  • Spacer ulicą Łazowską    
  • „Śladami naszych przodków”    
  • Wspomnienie o chórze „Lutnia”    
  • Wspomnienie o Elwirze Kamińskiej    
  • Źródła   



Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku

Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku. Na zdjęciu, od lewej, w pierwszym rzędzie: Wiesław Szuta, Kazimiera Pyka, Teresa Bok-Kulikowska, Roman Pyka

    fot. Błażej Toborowicz
    Kazimiera Pyka, fot. Błażej Toborowicz

    Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku. Na zdjęciu, od lewej, w pierwszym rzędzie: Wiesław Szuta, Kazimiera Pyka, Teresa Bok-Kulikowska


    fot. Błażej Toborowicz






















    Promocja książki miała miejsce w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku.

    Krótka recenzja: http://www.koszecin.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=648:lskie-wspomnienia&catid=35:aktualnoci


    ----
    Kontakt: email: kazimiera.pyka@gmail.com telefon: (+34) 3576 038
    ----


    Kazimiera Maria Pyka, Śląskie wspomnienia, Koszęcin 2013

    © Kazimiera Maria Pyka – teksty
    © Maria Teresa Żarska – Moje wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz
    © Kazimiera Maria Pyka, rodzina Toborowiczów – fotografie 

    Redakcja: Renata Sikorska

    Na zdjęciu na froncie okładki:  Grażyna Pyka-Toborowicz

    ISBN 978-83-935680-3-1

    Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych w Koszęcinie, ul. Rzeczna 6, 42-286 Koszęcin

    Nakład: 500 sztuk



    książka „Śląskie wspomnienia” • Kazimiera Maria Pyka

    fragment okładki


    Publikacja Śląskie wspomnienia poświęcona jest egzystencji wiejskiej społeczności na Górnym Śląsku, wśród której autorka spędziła wiele lat swojego życia. W książce znajdują się opisy z życia dworu w Cieszowej, jego dzierżawcy, zarządców i ludzi tam pracujących. Autorka prezentuje warunki bytowe wiejskich nauczycieli wraz z ich problemami. Przedstawia w skrócie epizody ze swojego życia oraz z pracy córki i historii działalności chóru „Lutnia”, którego członkinią była przez wiele lat. Jeśli mowa o kulturze, nie zapomina o współtwórczyni i choreografce Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” – Elwirze Kamińskiej.




    SPIS TREŚCI
    • Wstęp     
    • Dwór w Cieszowej – świadek wiekowej historii     
    • Krótka historia polskiej szkoły w Cieszowej     
    • Wspomnienie o nauczycielskiej rodzinie Szutów    
    • Wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz, mojej córce    
    • Moje wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz    
    • Zakończenie roku szkolnego 1947/1948    
    • O tradycjach sprzed pół wieku. Wspomnienie o Mastalerzowej, spotkaniach opłatkowych i maskenball     
    • Szlakiem 74 Górnośląskiego Pułku Piechoty     
    • Spacer ulicą Łazowską    
    • „Śladami naszych przodków”    
    • Wspomnienie o chórze „Lutnia”    
    • Wspomnienie o Elwirze Kamińskiej    
    • Źródła   



    Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku

    Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku. Na zdjęciu, od lewej, w pierwszym rzędzie: Wiesław Szuta, Kazimiera Pyka, Teresa Bok-Kulikowska, Roman Pyka

    fot. Błażej Toborowicz
    Kazimiera Pyka, fot. Błażej Toborowicz

    Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku. Na zdjęciu, od lewej, w pierwszym rzędzie: Wiesław Szuta, Kazimiera Pyka, Teresa Bok-Kulikowska


    fot. Błażej Toborowicz























    Promocja książki miała miejsce w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku.

    Krótka recenzja: http://www.koszecin.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=648:lskie-wspomnienia&catid=35:aktualnoci


    ----
    Kontakt: email: kazimiera.pyka@gmail.com telefon: (+34) 3576 038
    ----


    Kazimiera Maria Pyka, Śląskie wspomnienia, Koszęcin 2013

    © Kazimiera Maria Pyka – teksty
    © Maria Teresa Żarska – Moje wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz
    © Kazimiera Maria Pyka, rodzina Toborowiczów – fotografie 

    Redakcja: Renata Sikorska

    Na zdjęciu na froncie okładki:  Grażyna Pyka-Toborowicz

    ISBN 978-83-935680-3-1

    Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych w Koszęcinie, ul. Rzeczna 6, 42-286 Koszęcin

    Nakład: 500 sztuk





    Wspomnienie o Grażynie Toborowicz, mojej córce • Kazimiera Maria Pyka


    Grażyna Toborowicz, w dniu ślubu

    Chciałabym kilkoma słowami uczcić pamięć Grażyny Pyki-Toborowicz, długoletniej artystki solistki Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, choreografki, pedagoga wokalno-muzycznego, mojej jedynej córki.


    fragment okładki

    Koncertem w zamku w Koszęcinie, siedzibie „Śląska”, 21 września 2012 roku zainaugurowano świętowanie sześćdziesięciolecia powstania i pracy twórczej Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Kulminację obchodów roku jubileuszowego zaplanowano na 8 czerwca 2013 roku w Spodku w Katowicach.
    Tych uroczystości nie doczekała moja córka, członkini drugiego już pokolenia artystów „Śląska”, która współtworzyła sukcesy zespołu w kraju i za granicą – Grażyna Pyka-Toborowicz, utalentowana artystka o niezwykłej wrażliwości, tancerka-śpiewaczka, solistka, członkini Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” przez ponad dwadzieścia lat, koszęcinianka.
    A byłaby ważną postacią podczas tych wspaniałych obchodów, także dlatego, że od 2009 roku zajmowała stanowisko kustosza Izby Tradycji w „Śląsku”. Pewnie z zaangażowaniem przybliżałaby wszystkim wspomnienia i duchowe przeżycia, przywołując tym samym niezapomniane chwile sprzed lat. Tak jak przypominała je byłym artystom Zespołu „Śląsk” i ich rodzinom zwiedzającym wraz z nimi Izbę Tradycji. Szerokie zainteresowania Grażyny i jej doświadczenie w długoletniej pracy i uczestnictwie w „Śląsku” pozwalały jej przekonująco i ze znajomością folkloru prezentować wiedzę o działalności zespołu i śląskiej kulturze, o czym świadczą wpisy do Kroniki Izby Tradycji. Odwiedzający wystawę przyznali jej nawet tytuł Kustosza z Powołania.
    Jednak nie dane jej było cieszyć się nowymi osiągnięciami z całym zespołem ani tak ważnym dla niego jubileuszem. Moja córka przegrała walkę z ciężką chorobą. Jej młode życie zgasło 31 stycznia 2012 roku. Przeżyła pięćdziesiąt cztery lata.
    Współpracownicy „Śląska”, kiedy żegnali Grażynę na zawsze, pięknie ją wspominali, dziękując jej za dar artystycznej wrażliwości, za pasję i talent, z jakimi współtworzyła sukcesy Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Zapewniali, że na zawsze pozostanie w ich pamięci.






    ***
    Grażyna Pyka-Toborowicz urodziła się 14 października 1957 roku w Lublińcu, w rocznicę ustanowienia Komisji Edukacji Narodowej w rodzinie o tradycjach nauczycielskich. Adolf i Hermina Szutowie, jej dziadkowie, tworzyli bowiem niemal od podstaw polskie szkolnictwo we wsi Cieszowa po powrocie Górnego Śląska do macierzy. Narodziny w takim dniu wróżyły według dziadków, że ich pierworodna wnuczka dołączy do ich pedagogicznego grona – od razu została „ustalona” przyszła profesja Grażynki.
    Szczęśliwymi rodzicami zostali Kazimiera i Roman Pykowie, ja i mój mąż, a my paraliśmy się innymi zajęciami – ja pracowałam w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk” w Koszęcinie w dziale finansowo-księgowym, a mój mąż zajmował się rolnictwem jako agronom, zarządzał majątkiem w Państwowym Gospodarstwie Rolnym.
    Można powiedzieć, że moja córka od dziecka wychowywała się w pobliżu sztuki, w atmosferze muzyki, śpiewu i tańca. Atmosfera sztuki wszechogarniała jej codzienny świat, co podkreśliła sama w jednym z wywiadów pod tytułem Od dzieciństwa marzyła mi się scena…. Udzieliła go jako pedagog wokalno-muzyczny zespołu folklorystycznego „Tęcza” prowadzonego w Gminnym Ośrodku Kultury, Sportu i Rekreacji w Poczesnej.

    Kazimiera Maria Pyka

    Kazimiera Maria Pyka


    Kazimiera Maria Pyka urodziła się w 1935 roku w nauczycielskiej rodzinie. Kształciła się w zakresie ekonomii w Bielsku-Białej, skąd wywodzą się jej rodzice. Pracowała w ­dziale finan­sowo-księgowym w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk” od 1957 do 1997 roku. Pierwsze wspomnienia Kazimiery Pyki Życie nauczycieli na Śląsku – wspomnienie o ojcu zostały opublikowane w „Kronice Katowic” w 1999 roku. Kolejne – Wspomnienia z dzieciństwa w Bielsku-Białej w Lipniku – w książce Bielsko-Biała w zwierciardle czasu. Wspomnienia mieszkańców z lat 1900–1945 w 2012 roku.

    Dwór w miejscowości Cieszowa - świadek wiekowej historii


    Dwór w Cieszowej; 1937 rok


    Przez wieki ziemiański dwór wpisywał się w krajobraz najpiękniejszej dzisiaj na Śląsku wsi Cieszowa, będącej niegdyś własnością książęcych i hrabiowskich rodów. Obecnie zabytek ten, można powiedzieć, ostatnimi siłami woła o ratunek. Przeznaczony jest do rozbiórki. Najpiękniejsza na Śląsku wieś – Cieszowa – tytuł swój uzyskała, biorąc udział w konkursie zorganizowanym w 2006 roku przez Wydział Terenów Wiejskich Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego z siedzibą w Katowicach. Cieszową zgłosiła do konkursu Dorota Strzoda, sołtys wsi, za pośrednictwem i aprobatą wójta gminy Koszęcin, której to gminie obecnie terytorialnie wieś podlega. W nagrodę Cieszowa otrzymała osiem tysięcy złotych na dalszą działalność, w tym na utrzymywanie zabytków, które w oczach chylą się ku upadkowi. Remontu szczególnie wymaga wiekowy dwór zwany rządcówką, w dawnym czasie dominujący akcent malowniczej wsi i poniekąd źródło egzystencji mieszkańców.

    Do folwarku wjeżdżało się z głównej drogi przez bramę drewnianą, umocowaną do szerokich, stojących po bokach murowanych słupach. Utwardzona droga wiodła lekko pod górkę, aż na dziedziniec, który był otoczony zabudowaniami gospodarskimi i budynkami mieszkalnymi, zwanymi czworakami. Z okien od północnej strony dworu obserwować można było każdy ruch na dziedzińcu, żyjących i pracujących tam ludzi i zwierzęta.

    Naprzeciwko okien i wejścia do rządcówki, pomiędzy kasztanowcami tworzącymi półkole, znajdowała się studnia. W cieniu drzew można się było schronić przed żarzącym słońcem i zaczerpnąć łyka źródlanej wody prosto ze studni.

    Cieszowa należy do najstarszych wiosek ziemi śląskiej. W zapisach Księgi uposażeń biskupstwa wrocławskiego z 1305 roku znajduje się wzmianka o jej istnieniu, czyli mówi się o niej na początku XIV wieku. Można przypuszczać, że już wówczas należała do najpiękniejszych wsi, które były prywatnym majątkiem panów stawiających ziemiańskie dwory i pałace.

    Od zarania Cieszowa miała swoich panów i dwór, który dziś stoi w ruinie, a który na przestrzeni wieków często zmieniał swoich mieszkańców. W zapisach historycznych można odnaleźć informacje, że właścicielami były rody książęce, hrabiowskie, baronowskie, niejednokrotnie osoby zasłużone dla ojczyzny, jak na przykład Albert, piastowski książę wielkostrzelecki i niemodliński, który władał wsią w latach 1358–1422, czy Marbo Świętopełek, rycerz pochodzący z rodu Cieszowskich herbu Lis. Najdłużej panującym rodem w Cieszowej, przez ponad sto lat, a więc przez kilka pokoleń, byli hrabiowie Cieszowcy, którzy rządzili majątkiem w latach 1524–1628. Potem, w latach 1676–1780, wieś przeszła w ręce baronowskiego rodu Strachwitzów, władających Cieszową do czasu, kiedy w 1778 roku spłonął w pożarze zameczek w południowej części wsi. Zakupili wówczas posiadłość od hrabiny Zofii von Larisch w Kamieniu Śląskim i tam rezydowali do 1945 roku. Od 1780 roku przez osiem kolejnych lat właścicielem Koszęcina i Cieszowej był hrabia Karol Henryk II Sobek. W 1778 roku pojawili się dzierżawcy Cieszowej: ród kilku pokoleń Schindlerów, począwszy od Chrystiana Schindlera, zarządzający wsią do 1892 roku. Potem majątek przejął ród książęcy Hohenlohów. Ostatnim dzierżawcą w dobrach księcia Hohenlohego był od 1932 roku Herman Burgund. Odebrał on dwór od inspektora Riedela, który piastował stanowisko zarządcy gospodarstwa od 1920 roku. Dzierżawa została zawarta na szesnaście lat, to jest do końca 1948 roku. Jednak Herman Burgund zachorował na gruźlicę i zmarł 6 czerwca 1934 roku w Cieszowej, gdzie został pochowany (jego grób znajduje się po prawej stronie cmentarza i do dziś jest pielęgnowany).

    Po śmierci Hermana Burgunda majątek cieszowski dzierżawiła jego żona Elżbieta Burgund wraz ze swoją siostrą Anną Jarosz oraz jedynym swoim synem Eugeniuszem. Jednak wybuch drugiej wojny światowej spowodował, że rodzina w upokorzeniu musiała opuścić majątek. Byli to ostatni prywatni dzierżawcy pochodzenia szlacheckiego minionej epoki. Ten sam los spotkał także właściciela księcia Karola Gotfryda Hohenlohego von Ingelfingena z Koszęcina. W tym przejściowym okresie majątkiem w Cieszowej zajmowali się pozostali na posterunku tak zwani szafarze Augustyn Pyka i Piotr Pasieka. Nie mieli jednak wpływu na jego rozgrabianie przez stacjonujące na tych terenach w czasie wojennym wojsko sowieckie.

    Następnie budynek dworski zajęła komenda wojskowa, co doprowadziło do całkowitego rozgrabienia inwentarza żywego i pozostałych zapasów magazynowych, w tym płodów rolnych i wszystkiego, co się tylko dało wywieźć. Po opuszczeniu folwarku przez komendę majątek przeszedł w ręce nowej organizacji, Zarządu Okręgowego Państwowych Nieruchomości Ziemskich w Opolu, i częściowo został rozparcelowany, zgodnie z reformą rolną, na miejscowe gospodarstwa chłopskie. Przedstawicielem zarządu był porucznik z Lublińca Roman Sobieszczański, który w opustoszałym folwarku w pierwszej kolejności zgromadził poniemieckie bydło oraz zapasy płodów rolnych i żywności. Pod koniec 1946 roku na stanowisko kierownika – zarządcy majątku został oddelegowany Władysław Długosz. Pochodził on z Woźnik i był synem Norberta, właściciela posiadłości Śliwa. Praktykował zarządzanie gospodarstwami i pracował w dworach księcia Hohenlohego von Ingelfingena w Koszęcinie. Zamieszkał w rządcówce jako pierwszy kierownik Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Cieszowej. Czteropokojowe mieszkanie z prawej strony należało do niego, biuro i pokoje z lewej strony zajął Roman Sobieszczański, zatrudniony wówczas na stanowisku księgowego gospodarstwa.


    Wyjście do ogrodu przez taras od strony południowej; rodzina Burgund; 1937 r.


    Do dworu wchodziło się przez sień od północnej strony, od podwórza. Z drugiej, południowej strony sieni wejść można było na werandę, skąd przez drewniane dwuskrzydłowe drzwi szło się na tarasik i szerokimi schodami do gustownie ukwieconego, malowniczego ogrodu, po którym majestatycznie stąpały kolorowe, dumne pawie, pozostałe z czasów tak zwanych pańskich (w tym frontowym miejscu stoi obecnie przeniesiony z sąsiedniego ogrodu spichlerz).

    Można powiedzieć, że tak jak w dawnych czasach tak i w nowych ośrodkiem życia każdego dworu było mieszkanie zarządcy. Wchodziło się do niego przez kuchnię z piecem węglowym, znajdującym się w lewym rogu pomieszczenia. Do pokoju stołowego prowadziły drzwi z kuchni, a z niej szło się do pokoju wypoczynkowego i sypialni, dalej przez sień do dalszych pomieszczeń po drugiej, lewej stronie dworu. Mieszkanie urządzono kunsztownymi meblami dębowymi ozdobionymi dekoracyjną stolarką. Podłogę z szerokich desek pomalowanych na kolor bordowy farbą olejną zaścielono wzorzystymi perskimi dywanami. W każdym rogu pokoju stały piece kaflowe z ozdobnych kafli. Wszelkiego rodzaju drobny sprzęt zaspokajał potrzeby użytkowe i estetyczne, zwłaszcza przechowywane pamiątki oraz rozwieszone na ścianach obrazy i kilimy.

    Dwór został podpiwniczony na całej powierzchni. Piwnice były wykorzystywane do magazynowania zapasów żywności, a specjalnie wyznaczona część służyła jako chłodnia do przechowywania w konwiach mleka (od codziennie dojonych krów), zanim zostało ono odwiezione do mleczarni do Lublińca przez folwarcznych wozaków. Konwie umieszczano w betonowym zbiorniku, do którego wkładano lód, zwieziony zimą z okolicznych stawów. Można powiedzieć, że dwór od wczesnego rana do późnego wieczora funkcjonował jak dobrze zorganizowany organizm. Stale się coś działo w gospodarskich budynkach. Pracownicy byli odpowiedzialni za przydzielony im pod opiekę inwentarz żywy i gospodarstwo, wymagające całodobowego nadzoru i troski. Każdy znał swoje miejsce i wiedział, co do niego należy. Praca była organizowana przez szafarzy. Godzinę jej rozpoczęcia oznajmiał dzwon umieszczony na ścianie budynku dworskiego. Wówczas to z domów wychodzili pracownicy i przyjmowali wyznaczane im przez zwierzchników zadania. Tak było zarówno przez całe wieki, jak i w czasie, kiedy majątek został już upaństwowiony. Praca była kontrolowana przez zarządcę, który codziennie wizytował pole na koniu lub dwukołówką. Natomiast państwo wsiadali na bryczkę zaprzężoną w parę koni i ze stangretem wyjeżdżali do miasta lub na przejażdżkę z gośćmi.

    Władysław Długosz jako kierownik Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Cieszowej pracował do 1951 roku, potem został przeniesiony do dworu w Koszęcinie. Wówczas nastąpiła reorganizacja administracyjna i gospodarstwa przekazano Państwowemu Ośrodkowi Hodowli Zarodowej. Kierownikiem Cieszowej został na krótko Leon Szempliński z Puław, a następnie Wrzecionkowski, ziemianin z Poznania. Ci zarządcy pochodzili z rodów szlacheckich, co było nie na rękę ówczesnej władzy, która kształciła swoich nowych kierowników. W 1954 roku na dłuższy okres został zatrudniony Edwin Łukiewski, a potem inni, aż do czasu całkowitej likwidacji PGR-u i sprzedaży pozostałości majątku prywatnym gospodarzom. Dwór zaś opustoszał. Zostały wybudowane nowe bloki dla pozostałych pracowników.



    Dwór w Cieszowej; 2006 rok

    Zabudowania dworskie, nieremontowane, popadają w ruinę. Przeznacza się je więc do rozbiórki. Jak gdyby celowo chciałoby się zrównać z ziemią przeszłość.

    W powojennej polskiej rzeczywistości tragiczny los spotkał dwory, niegdyś wzory organizacji pracy i życia na wsi, w których pielęgnowano tradycje i obyczaje, wychowywano młode pokolenia w duchu miłości ojczyzny i przekazywano wartości duchowe z pokolenia na pokolenie.

    Wieś, gdzie znajdował się dwór, rozwijała się. Ludzie mieli pracę i możliwość edukacji. Odczuwali stabilizację, dzięki stałemu miejscu zamieszkania, także towarzystwu bliskiej rodziny. Wiedzieli, gdzie są ich korzenie.

    Ale to już historia – rozparcelowany i zlikwidowany majątek ziemski nigdy nie powróci już do swej świetności sprzed lat. Jednak sam odrestaurowany budynek dworski mógłby na co dzień posłużyć mieszkańcom jako ośrodek kultury i edukacji. Mógłby jak niegdyś cieszyć oczy blaskiem swej niepowtarzalnej historii, jako symbol szlacheckiego domu rodzinnego, i dawać wskazówki na życie.

    Można by zadać pytania: co zrobić, aby ocalić od rozbiórki szesnastowieczny skromny dwór w Cieszowej i przeznaczyć go na obiekt użyteczności publicznej dla miejscowej społeczności i ruchu turystycznego w gminie Koszęcin? w jaki sposób uczcić pamięć zwłaszcza tych rodów, które niejednokrotnie okazały swą dobroć poprzez swoją postawę i przywiązanie do społeczności cieszowskiej?

    By wspomnieć tu na przykład Jana Maurycego Moritza, biskupa i barona ­von Strachwitz, który urodził się w Cieszowej w 1720 roku, a umarł we Wrocławiu w 1781 roku. Nie zapomniał on o swoich ojczystych stronach i przeznaczył dla kościoła w Cieszowej i dla ubogich rodzin oraz chorych mieszkańców wsi pokaźną sumę, prosząc tylko o pamięć o nim we mszy świętej i modlitwę za jego duszę. Postępowanie szlachetne i wzruszające. Z kolei książę Karol Gotfryd von Hohenlohe, ostatni właściciel wsi, który w 1945 roku opuścić musiał swoje ziemie, co roku w Boże Narodzenie przyjeżdżał do Cieszowej jako święty mikołaj i obdarowywał sowicie mieszkańców, szczególnie dzieci, interesując się ich zdrowiem i losem. Nie sposób wymienić dobroci i zrozumienia i innych ludzi, z którymi wieś była związana w ciągu wieków.

    Warto tu dopisać ostatnie losy dworu w Cieszowej. Został on zakwalifikowany w 2007 roku do konkursu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Konserwatorów Zabytków i Politechnikę Śląską, w którym zdobył pierwsze miejsce i tytuł Zabytku Roku 2008. Dworem mieli się zająć różni specjaliści w celu sporządzenia dokumentacji w postaci inwentaryzacji i projektów odbudowy niezbędnych dla pozyskania środków finansowych na jego rewitalizację. Jednak radni urzędu gminy postanowili inaczej. Obiekt wystawiony został na sprzedaż.



    Opracowano na podstawie wspomnień oraz materiałów źródłowych:

    Józef Wysocki – Cieszowa, gmina i Wieś. Rys Historyczny.

    "Echo gminy Koszęcin"



    Kazimiera M. Pyka

    Sekretarz Stowarzyszenia Inicjatyw Społecznych w Koszęcinie



    http://www.cieszowa.za.pl/index_pliki/Page348.htm#200

    Wspomnienie o nauczycielskiej rodzinie Szutów




    Adolf Szuta urodził się przed stu laty, 20 kwietnia 1906 roku, w Bielsku-Białej. Uznać go można za prekursora polskiego szkolnictwa na Górnym Śląsku, gdzie został, jako absolwent Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego w Bielsku-Białej, skierowany, jak wielu innych, tuż po plebiscycie w ramach repolonizacji tego regionu. Wydany mu nakaz pracy w powiecie lublinieckim był decyzją Wydziału Oświecenia Publicznego, podlegającego wojewodzie śląskiemu i kuratorowi, Michałowi Grażyńskiemu.

    Od września 1925 roku rozpoczął pracę nauczyciela tymczasowego w szkole powszechnej w Kokotku, a następnie w Kośmidrach i Olszynie. Jego pedagogiczne powołanie okazało się niezwykle przydatne, zwłaszcza w propagowaniu kultury polskiej. W trudnych warunkach nauczał oraz działał jako społecznik w Związku Harcerstwa Polskiego, udzielał się też w licznych inicjatywach kulturalnych, czym zyskał sobie zaufanie otoczenia. Nie tracił czasu: kontynuował równocześnie swoją naukę. Zdanym egzaminem ukończył Państwowe Wyższe Kursy Nauczycielskie w Katowicach i w 1932 roku uzyskał dyplom i status nauczyciela stałego. Pracował wówczas w szkole w Olszynie koło Herbów.

    W 1934 roku w drodze konkursu został powołany na stanowisko kierownika publicznej szkoły powszechnej w gminie Cieszowa przez wojewodę śląskiego Grażyńskiego. W placówce tej nauczał przez trzydzieści sześć lat, z przerwą okupacyjną.
    Adolf Szuta

    Zmienił swój stan cywilny w 1934 roku, żeniąc się z Herminą Chotek z Bielska-Białej, także pedagogiem, absolwentką z 1930 roku tamtejszego Prywatnego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Świętej Hildegardy, prowadzonego przez siostry zakonne. Hermina chciała pomagać w nauczaniu na Górnym Śląsku, choć praca dydaktyczna i wychowawcza była tam utrudniona, ponieważ miejscowa ludność przez lata uległa poważnym wpływom niemieckim. Jednak jako młoda mężatka nie mogła pracować na etacie, gdyż od 1926 roku obowiązywała na Górnym Śląsku ustawa celibatowa, a to było równoznaczne ze zwolnieniem nauczycielek mężatek, czego Hermina nie przewidziała. Nie mogąc się z tym pogodzić, podjęła pracę jako wolontariuszka i zajęła się przyswajaniem polskiej kultury i wartości patriotycznych śląskim dzieciom. Z czasem praca z dziećmi i młodzieżą starszą wykonywana poza ich zajęciami szkolnymi zaczęła przynosić efekty. Władze oświatowe zadecydowały więc, żeby w drodze wyjątku otrzymała pół etatu, a od 1936 roku już cały. Można z przymrużeniem oka powiedzieć, że swoim bezinteresownym zaangażowaniem obaliła prawo zakazujące wykonywania pracy mężatkom, gdyż już w 1938 roku ustawa została zniesiona. Do 1939 roku nauczała wraz z mężem w publicznej szkole podstawowej w Cieszowej, gdzie dzięki ich pracy wzrósł poziom kształcenia i wychowania w duchu polskiej kultury.

    Owocną i powoli stabilizującą się pracę pedagogów po pierwszej wojnie światowej nieoczekiwanie przerwał wybuch drugiej.
    Adolf Szuta został zmobilizowany 26 sierpnia 1939 roku do obrony narodowej jako podoficer 74 Górnośląskiego Pułku Piechoty z Lublińca. Jednak już 19 września 1939 roku, po bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, wzięto go do niewoli niemieckiej i umieszczono w stalagu Fallingbostel koło Hanoweru, gdzie przebywał przez całą, długą okupację. W obozie brał czynny udział w tajnym nauczaniu jeńców wojennych, w tym także analfabetów. Po wyzwoleniu przez aliantów 3 maja 1945 roku został przewieziony do Lille we Francji, gdzie w ambasadzie polskiej pracował jako pedagog w latach 1945–1946.



    Natomiast Hermina Szuta, która po powołaniu męża została sama z dwojgiem małych dzieci, czteroletnią córką i dwuletnim synem, musiała opuścić służbowe mieszkanie w pośpiechu, pozostawiając cały dobytek, i wyjechać do rodziców do Lipnik, obecnie dzielnicy Bielska-Białej. Zostawiła tam swoje pociechy pod opieką bliskich, a sama dołączyła do „uciekinierów”, którzy udawali się na Wschód (jak dzisiaj wiemy, nie wiadomo po co). Po powrocie z tułaczki Hermina musiała się ukrywać ze względu na swój zawód. Dopiero w 1940 roku rozpoczęła pracę w fabryce zbrojeniowej. Obsługiwała maszynę w odlewni jako jedyna kobieta pośród męskiej załogi. Ciężka to była praca: na zmiany, po dziesięć godzin dziennie, z koniecznością przejścia pięciokilometrowego dystansu przed i po pracy. Ten bardzo trudny i wyczerpujący okres okupacyjny, z dwojgiem małych dzieci i prześladowaniami na każdym kroku, trwał do 1945 roku, kiedy to nadeszło wyzwolenie.

    Po powrocie ostatnim transportem repatriacyjnym do Bielska-Białej, to jest w lipcu 1946 roku, Adolfa Szutę spotkało się wrogie przyjęcie ze strony ówczesnych władz. Nie otrzymał pracy w zawodzie nauczycielskim i został zmuszony do powrotu na Górny Śląsk, choć miał nadzieję, że pozostanie w rodzinnych stronach, gdyż cały czas o tym właśnie marzył.

    Mieszkańcy Cieszowej za to przyjęli go wraz z żoną bardzo życzliwie, proponując im powrót na poprzednie stanowiska w publicznej szkole powszechnej. Wymagane i zorganizowane przez mieszkańców minireferendum zaakceptowały władze oświatowe. Skłonione dziwnym zbiegiem okoliczności do pozostania w Cieszowej małżeństwo polskich nauczycieli pogodziło się z wyznaczonym im przez los miejscem zamieszkania, już po raz drugi. Oboje też odczuli zachowanie mieszkańców jako bardzo szlachetny wyraz udzielenia im pomocy w potrzebie, a także jako wyraz przychylności dla ich pobytu i uznania dla ich pracy przed wojną. Górnośląska wieś wraz z jej mieszkańcami stała się dla nich wyjątkowym miejscem, które szanowali i w którym pozostali już do końca swoich dni, choć mieli początkowo inne plany.




    Zaraz po przyjeździe ze wzmożoną siłą rozpoczęli działalność pedagogiczną i społecznikowską, jaką prowadzili przed wojną. Trzeba było na nowo zwalczać analfabetyzm.

    Szkoła była prowadzona wzorowo i wyróżniana. Na ręce kierownika placówki składano podziękowania i wyrazy uznania za wybitne osiągnięcia w wychowywaniu młodzieży i wyniki w jej nauczaniu. Adolf Szuta został między innymi odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi oraz Złotą Odznaką Związku Nauczycielstwa Polskiego.

    Pełnił ponadto funkcję kierownika powiatowych ognisk metodycznych nauczania klas łączonych, udzielał wskazówek innym pedagogom, przeprowadzał egzaminy kwalifikacyjne na nauczycieli klas łączonych w szkołach powszechnych powiatu lublinieckiego. Brał czynny udział w reformie oświaty w województwie katowickim, za co otrzymał oficjalne „podziękowanie za pracę włożoną w przygotowanie odpowiednich warunków dydaktyczno-wychowawczych do reformy szkolnej” od Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach w 1962 roku.

    Niedługo przed przejściem na emeryturę otrzymał również podziękowania z Ministerstwa Oświaty za wybitne osiągnięcia w wychowywaniu młodzieży i wyniki w jej nauczaniu oraz za długoletnią pracę społeczno-oświatową. W 1969 roku przeszedł na emeryturę, jednak pracował nadal do końca czerwca 1975 roku na niepełnym etacie w Koszęcinie i w Sadowie. Na wieczne wakacje udał się 4 lipca 1975 roku, po przepracowaniu półwiecza jako pedagog na Górnym Śląsku, gdzie pozostał na zawsze, przeżywszy sześćdziesiąt dziewięć lat.

    Cztery lata po mężu na zasłużone wakacje, 12 lipca 1979 roku, w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat odeszła żona Hermina Szuta, która także do końca swych dni pracowała w zawodzie, w sumie było to czterdzieści pięć lat.

    Przy zabytkowym kościółku Świętej Trójcy w Koszęcinie, naprzeciwko zachodniego wejścia, w rzędzie pomników żołnierzy września 1939 roku, spoczywa nauczycielska rodzina publicznej szkoły powszechnej w Cieszowej.

    Pozostawili po sobie jednak spadkobiercę swoich nauczycielskich pasji. Marian Stanisław Szuta urodził się już po wyzwoleniu, 6 maja 1952 roku (dwójka dzieci urodzonych przed wojną wybrała inną niż rodzice drogę zawodową). Można powiedzieć, że najmłodszy syn odziedziczył zdolności i predyspozycje do nauczania. W tym też kierunku się kształcił. W 1976 roku, już po śmierci ojca, obronił pracę na Wydziale Historii ukończył Uniwersytet Śląski w Katowicach i otrzymał dyplom magistra.

    Marian Stanisław Szuta, osierocony przez rodziców, mieszkał samotnie w Katowicach i pracował w kilku szkołach na terenie tegoż miasta. Jednocześnie, tak jak jego rodzice, bezinteresownie zajmował się pracą społeczną. Wykorzystując swoje umiejętności i dar wykładowczy, przybliżał innym historię Polski i świata. Częste kontakty utrzymywał z Duszpasterstwem Akademickim Katowice. Brał udział w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, opracowując wykłady i spotykając się z uczestnikami programu. Współpracował z dyrektorem Caritas Archidiecezji Katowickiej księdzem prałatem Marianem Malcherem. Nawiązał też kontakt z redakcją tygodnika Katolickiej Agencji Informacyjnej archidiecezji katowickiej i jako historyk-dziennikarz pomagał w przygotowywaniu kolejnych numerów biuletynu.



    Jako dobrze zapowiadający się dziennikarz został zatrudniony w Wydawnictwie Kurii Metropolitarnej w Katowicach, gdzie pracował w redakcji „Gościa Niedzielnego”. Wkładał jednocześnie sporo wysiłku w rozpoczęcie przewodu doktorskiego na temat Polonii amerykańskiej i Ślązaków w Teksasie. Kilku opracowań nie opublikowano. W związku z przygotowaniami do otwarcia przewodu doktorskiego udzielał się społecznie w Górnośląskim Oddziale Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” w Katowicach, którego prezesem był Stefan Lewandowski.

    Jednak „człowieka wielkiego serca, niezwykle wrażliwego, bogobojnego, pedagoga, rzecznika i propagatora idei na rzecz Polonii i Polaków za granicą”, jak się o nim wypowiadał zarząd „Wspólnoty Polskiej”, zabrała na zawsze nagła śmierć w dniu 7 czerwca 1994 roku. Miał właśnie wyjechać do Londynu, gdzie otrzymał od Polonii propozycję pracy, jako że znał język angielski.

    Niezwykła energia twórcza i duchowa, ofiarowywana wszystkim, z którymi się zetknął w swoim życiu, pozostanie na zawsze w pamięci. Szczególnie uwidaczniała się ona w działaniach na rzecz jednoczenia Polaków i wychowywania młodego pokolenia dziedziców polskości na obczyźnie.

    Pamięć o rodzinie nauczycielskiej Szutów jest kultywowana od trzydziestu lat, bo tyle upłynęło czasu od śmierci Adolfa (od śmierci Herminy minęło dwadzieścia pięć lat, a od śmierci Mariana dwanaście). Z inicjatywy wdzięcznych mieszkańców Cieszowej co roku odprawiane są msze święte w zabytkowym kościółku, znajdującym się w sąsiedztwie szkoły, z okazji przypadających rocznic związanych z rodziną Szutów i ich pobytem w tej górnośląskiej wsi.

    Można powiedzieć, że każde dobro zasiane w świecie, mimo upływu lat, mimo trudnych warunków, mimo przeciwności losu, zaowocuje.

    Trudów pracy pedagogicznej podjęły się znów wnuki w powiecie lublinieckim.



    Kazimiera Maria Pyka /KMP/
    listopad 2005 r.

    Kronika Katowic, tom III
    wydana w 1999 r., str. 283-309

    Encyklopedia ZNP woj. Śl.,2002 r.
    część III, str.325-326
    Encyklopedia ZNP, 2005 r.
    woj. Śl. , część IV, str. 125-136 listopad, 2005
    Reportaż Dz. Z. 14 X 2005 r.
    Pt. „Miłość albo praca”
    Grażyna Kuźnik

    Wspomnienie o Elwirze Kamińskiej


    Elwira Kamińska; zdjęcie z folderu zespołu „Śląsk” z 1959 r.



    Elwira Kamińska – mistrzyni choreografii, współtwórczyni Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, która potrafiła przetwarzać artystycznie folklor, zachowując jego autentyczność.

    Na tle rozśpiewanej gromady śląskiej, toczy się, kołuje, leci stukolorowy płomień, tęczowa wichura, która rwie, porywa, niesie, czaruje młodością i słońcem...

    Takich słów użył w swojej recenzji Gustaw Morcinek oczarowany występem Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, który swoją działalność artystyczną rozpoczął w 1954 roku.

    Kierownictwo artystyczne „Śląska” w latach 1953–1968 sprawował Stanisław Hadyna, zaś Elwira Kamińska, współzałożycielka zespołu, została jego choreografką, choć nie tylko, pełniła również rolę etnografki, scenografki, reżyserki, a także pedagoga. Za wzór miała jedynie istniejące już „Mazowsze”, rezydujące w Karolinie pod Warszawą.

    Elwira Kamińska starała się pokazać swoim podopiecznym, że na estetykę występu składa się wiele elementów, w tym znajomość technik baletowych oraz konwencji sceny, w szczególności zaś umiejętność wydobywania indywidualnych cech tancerza oraz jego osobowość. Przekazywała zespołowi wiadomości o pochodzeniu i charakterze danego tańca, o jego wyrazie artystycznym. Wyjaśniała, na czym polega specyfika regionu, skąd pochodziły konkretne tańce. Przybliżała historię strojów ludowych, które wywierały ogromny wpływ na tworzenie, a później całościowy odbiór scenicznego widowiska opartego na folklorze, a dbałość o niego i propagowanie go było przecież podstawą utworzenia Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” w Koszęcinie.

    Miała własną artystyczną wizję zespołu – nie miał być on ani operą, ani operetką, ani grupą estradową, lecz trawestacją elementów ludowych, w której akcenty plastyczne, czyli kostiumy, muzyka i taniec, tworzyłyby spójną całość w ramach obowiązujących konwencji. Była mistrzynią i prekursorką, jedyną w Polsce, łączenia technik tanecznych – opracowała własną koncepcję tego charakterystycznego rysu w tańcu, który odróżniał jej balet od układów innych zespołów, a polegał na zakorzenieniu go w folklorze. Program ułożony przez Elwirę Kamińską okazał się rewelacją i wszedł na stałe do repertuaru „Śląska”. Można śmiało powiedzieć, że stał się własnością kultury ogólnej i wzorem dla wielu innych zespołów w kraju i za granicą. Twórczość choreografki „Śląska” oceniano z zachwytem również na łamach prasy amerykańskiej, na przykład w „The Detroit Free Press” pisano, że narodowy taniec wzniesiony został w jej układach na wyżyny, stał się najwyższej klasy widowiskiem.

    Elwira Kamińska wywierała wrażenie nie tylko jako choreografka, ale także jako kobieta. Zawsze była gustownie ubrana, stosownie do okoliczności. Miała gęste blond włosy obcięte na krótko, które codziennie jednakowo i lekko układała. Latem i zimą chodziła z gołą głową. Oczy miała koloru niebieskozielonego, wyjątkowe, o łagodnym, przyjaznym spojrzeniu. Poruszała się elegancko, z gracją, spokojnie, ruchem tanecznym. Wydawało się, że płynie po kolejnych stopniach, kiedy schodziła ze schodów w koszęcińskim pałacu. Szła lekko niczym prawdziwa dama, bo jako taką ją widziałam, zresztą nie tylko ja. Wyróżniała się spośród innych kobiet. Bardzo dużo czytała, wypełniała książką każdą wolną chwilę. Paliła papierosy i była bardzo nowoczesna, nie tylko jak na czasy, w których żyła.

    Zanim poznałam osobiście Elwirę Kamińską, podziwiałam ją w latach 1945–1946 na scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, gdzie jako dziesięcioletnia dziewczynka byłam zapraszana na spektakle wraz z moją mamą, nauczycielką, przez jej znajomą, Wiktorię Cichy, garderobianą, która wprowadzała nas na jaskółkę, bo tam zawsze były wolne miejsca. Pamiętam, że grano wówczas Balladynę Juliusza Słowackiego. Kamińska przygotowała choreografię do ról postaci fantastycznych. Sama też wystąpiła w tej sztuce, jako Goplana, nimfa. Tańczyła w zwiewnym, przezroczystym stroju motyla. Towarzyszyła jej czteroletnia córeczka Małgosia, grająca postać Skierka. Na tej Balladynie byłam kilkanaście razy. (Znałam na pamięć prawie wszystkie kwestie!) Spektakl chodziłam oglądać wyłącznie ze względu na tańczącą nimfę, której zwiewne ruchy do dziś mam w pamięci jako coś cudownego, czarownego.

    Kiedyś zapytałam, kto tak pięknie się porusza, odpowiedziano mi, że to panna Bobi – tak ją pieszczotliwie nazywano przed wojną – z prywatnego ogniska baletowego w Bielsku-Białej, które Kamińska prowadziła w swoim mieszkaniu przy ulicy Sułkowskiego 4, blisko Teatru Polskiego.

    Bardzo mnie interesował taniec i nawet marzyłam, aby dostać się do tej szkoły, ale we wrześniu 1946 roku przeprowadziliśmy się na Górny Śląsk, gdzie przed wojną moi rodzice pracowali w nauczycielstwie w okolicach Koszęcina.
    Nigdy bym wówczas nie pomyślała, że kiedyś spotkam jeszcze pannę Bobi i będę z nią współpracować przez wiele, wiele lat, a jednocześnie że zostanę jej powiernicą w sprawach finansowych, służbowych i prywatnych. Pracę w dziale finansowo-księgowym Zespołu „Śląsk” rozpoczęłam 5 kwietnia 1957 roku. O balecie nie mogło być już mowy, było na to za późno. Moi rodzice nie pozwolili mi też startować do nowo powstającej instytucji artystycznej. Podobnie jak niegdyś rodzice Elwiry Kamińskiej nie chcieli słyszeć o balecie.



    Stanisław Hadyna i Elwira Kamińska w otoczeniu członków zespołu Śląsk; zdjęcie z folderu zespołu „Śląsk” z 1959 r.


    Kiedy rozpoczynałam pracę w Zespole „Śląsk”, jako instytucji artystycznej o charakterze przedsiębiorstwa, zaległości w prowadzeniu dokumentacji były spore. Przydzielono mi wiele trudnych zajęć, między innymi zaprowadzenie księgi ewidencyjnej rzeczy o specjalnej wartości artystycznej, do których należały stroje sceniczne. Nadzór powierzono Elwirze Kamińskiej, a raczej sama się go podjęła. Zleciła mi uporządkowanie rozliczeń zakupionych kostiumów i materiałów.

    Stroje były projektowane przez nią samą, doglądała także procesu ich powstawania. Przedstawiały ogromną wartość artystyczną i finansową. Kostiumy reprezentowały różne regiony. Każdy z nich składał się z ponumerowanych kilkunastu części, a każda z tych części miała określoną nazwę. Wielu słów z dziedziny nazewnictwa stroju nie znałam w ogóle, nie znał ich nawet magazynier, który ze mną współpracował, Jan Czaja, długoletni kierownik kostiumerni. Każdy strój w komplecie odkładało się do szafki konkretnego artysty. Nawet z takimi drobnymi sprawami mieliśmy kłopot i tylko Kamińska mogła nam w tym pomóc. Znała każdy detal danego kostiumu. Zadziwiało nas to. Nigdy nie zniecierpliwiła się naszymi pytaniami, wręcz przeciwnie była zadowolona, że wszystko zostanie właściwie poukładane. W pracy była perfekcjonistką. Większość dnia spędzała na sali baletowej oraz w pracowni krawieckiej, doglądając szycia i przygotowywania strojów do programu koncertowego. A było tego sporo.

    Biuro, gdzie pracowałam, łączyło się z pokojem mieszkalnym Kamińskiej. Był to niegdyś jeden z prywatnych apartamentów zamkowych księcia Hohenlohego, do którego do 1945 roku należał pałac w Koszęcinie. Kamińska salon ten urządziła w stylu biedermeieru. Po jednej stronie znajdowała się serwantka oraz kanapa przed dużym lustrem, a pomiędzy wysokimi oknami foteliki i okrągły stolik, a po drugiej, naprzeciwko okien, stał obszerny tapczan, pianino i biurko. W pokoju tym tworzyła układy taneczne, robiła przymiarki strojów scenicznych, tu także w kameralnej, nieoficjalnej atmosferze omawiała różne sprawy związane z reżyserią programu koncertowego. Salon był zawsze, do późnych godzin wieczornych, pełen doradców i przyjaciół z zespołu uczestniczących w twórczej pracy Elwiry Kamińskiej.

    Sama również często pracowałam do późnych godzin wieczornych, nieraz nawet nocowałam w zamku. Pewnego razu Kamińska wracała z sali baletowej, kiedy ja jeszcze siedziałam w biurze, sąsiadującym z jej salonem, otworzyła drzwi i powiedziała do mnie troskliwie:
    – Przerwij, dziecko, na chwilę tę pracę i chodź do mnie, napijemy się gorącej herbaty, zaraz stawiam czajnik na kuchenkę.
    Pomyślałam sobie wtedy, że dobre serce ma ta choreografka, skoro chce ze mną porozmawiać i to jeszcze przy herbacie.


    W taki sposób właśnie, podczas tych wspólnie spędzonych chwil, udało nam się nawiązać bliższy kontakt. Szczególnie miło gawędziło nam się o Bielsku-Białej, gdzie ona niegdyś mieszkała i pracowała oraz gdzie ja przebywałam i wychowywałam się w czasie okupacji niemieckiej i tuż po niej.

    Elwira Kamińska wspominała Prywatne Seminarium Nauczycielskie Żeńskie im. Świętej Hildegardy, do którego uczęszczała i które ukończyła zdaną maturą w 1934 roku. Szkołę prowadziły siostry zakonne ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości.

    W tym samym czasie do tej placówki uczęszczała również moja ciocia ze strony mamy Marta Chotek, która, podobnie jak Kamińska, bardzo interesowała się sztuką i miała możliwość podjęcia nauki w tym kierunku. Już wówczas bowiem w średnich szkołach były prowadzone zajęcia programowe o profilu artystycznym. Nauczano na nich muzyki, rytmiki, rękodzielnictwa artystycznego oraz śpiewu. Zajęcia te zapoczątkowały aktywne udzielanie się młodych talentów w organizowanych z różnych okazji uroczystościach szkolnych, choć nie tylko, młodzież dzięki nim zaczęła występować także podczas imprez odbywających się w harcerstwie i klubach katolickich w Bielsku-Białej. Tym samym, dzięki młodym i utalentowanym ludziom, dość prężnie rozwijała się działalność kulturalna w okresie międzywojennym.

    Elwira Waleria Czech urodziła się 9 grudnia 1914 roku w Warszawie jako córka Władysława Czecha z Bielska-Białej i Gizeli Turry z Węgier. Ojciec, muzyk skrzypek, koncertował po całym kraju, a także poza jego granicami. W czasie pierwszej wojny światowej przebywał wraz z rodziną w Budapeszcie. Po wojnie na kolejnych osiem lat osiadł w rodzinnych stronach żony.

    Po powrocie wraz z rodzicami do swoich dziadków w Bielska-Białej Elwira Czech uczęszczała do szkoły powszechnej i równocześnie na lekcje muzyki i śpiewu do przyjaciela jej ojca i pedagoga Władysława Koterbskiego (ojca Marii Koterbskiej). Prowadził on jako dyrygent bardzo ambitny zespół śpiewaczy, który przyjął nazwę Polskiego Towarzystwa Śpiewackiego.

    Trzeba zaznaczyć, że był to okres międzywojenny: Teatr Miejski służył głównie Niemcom, którzy stanowili większość mieszkańców Bielska-Białej, a założone dopiero co Towarzystwo Teatru Polskiego miało wyznaczonych tylko kilka dni w tygodniu, kiedy mogło wystawiać polskie przedstawienia. Do towarzystwa tego należały sekcja dramatyczna oraz wspomniany zespół śpiewaczy. Nie zniechęcało to jednak nikogo do prowadzenia działalności kulturalnej, rozwijającej się prężnie w latach 1930–1939 w Bielsku-Białej. Wystawiano rozmaite przedstawienia, przykładowo Elwira Czech wzięła udział jako solistka w spektaklu o charakterze patriotycznym zatytułowanym Legiony to…, który znalazł się na afiszu Teatru Miejskiego w marcu w 1936 roku. Kompozytorem tej śpiewogry był Władysław Koterbski. Chór występował w strojach krakowskich, jego członkiem był także ojciec Elwiry, Władysław Czech, przyjaciel mieszkającego na stałe w Zakopanem pisarza Kornela Makuszyńskiego, którego z okazji organizowanych tam koncertów często odwiedzał, niekiedy wraz ze swoją córką.

    Premiera Halki Stanisława Moniuszki w wykonaniu Towarzystwa Teatru Polskiego w Bielsku-Białej odbyła się 11 listopada 1936 roku. W spektaklu tym wzięła udział Elwira Czech, występując na scenie w układach tanecznych razem z wieloma innymi członkami sekcji dramatycznej.

    Młoda Elwira jako dobrze zapowiadająca się artystka sceniczna uczestniczyła w sekcji dramatycznej i w lekcjach tańca w Teatrze Miejskim. Atmosfera muzyki i śpiewu panująca w otaczającym ją środowisku oraz dalsza edukacja z zakresu wychowania muzycznego, którą rozpoczęła w Krakowie po maturze po to, aby spełnić życzenia rodziców, wpłynęły na ukształtowanie się jej osobowości.

    Nie mogła się jednak pogodzić z wydanym jej przez rodziców zakazem kontynuowania nauki tańca. Ciągle o nim marzyła, a że nie była, jak się okazało, grzeczną dziewczynką, postawiła na swoim. Zbuntowała się i zrezygnowała z dobrze zapowiadającej się kariery śpiewaczej właśnie na rzecz tańca, który był – jak mi kiedyś powiedziała – jej wewnętrznym darem i przeznaczeniem. Rozpoczęła, korzystając z wiedzy z zakresu rytmiki i tańca zdobytej w szkole średniej, od udzielania prywatnych lekcji panienkom z dobrego domu. A równocześnie przygotowywała się do podjęcia nauki w trzyletnim studium artystycznym w Krakowie, które ukończyła w 1937 roku. Studia choreograficzne kontynuowała w Budapeszcie.

    Została absolwentką tamtejszej rodzinnej szkoły choreograficznej Peregrin Turry. Patrząc z perspektywy czasu na jej osiągnięcia w dziedzinie tańca i choreografii, które są imponujące, rzeczywiście należy jej pogratulować uporu i podziwiać ją za jej odwagę.

    Elwira Czech wyszła za mąż 19 kwietnia 1938 roku za Władysława Kamińskiego, bielszczanina pracującego w spółdzielczości na stanowisku prezesa, który później został mianowany dyrektorem filharmonii w Katowicach, stanowisko to piastował przez wiele lat.

    Skoro tylko Kamińska uzyskała odpowiednie kwalifikacje potwierdzone koncesją Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia, wynajęła pomieszczenia od Katolickiego Stowarzyszenia Rękodzielników Polskich przy ulicy Nad Niwką (obecnie ks. Stojałowskiego) i założyła tam tuż przed wojną własną szkołę rytmiki i tańca – studium tańca artystycznego.

    Jednak w czasie okupacji Kamińska musiała przestać pracować zawodowo. Pojechała za mężem, który został zmuszony do ciężkiej pracy fizycznej w kamieniołomach w Wojkowicach Komornych koło Będzina. Podczas wojny też, a dokładnie 1 stycznia 1942 roku, urodziła jedyną i ukochaną córkę Małgorzatę.

    Zaraz po zakończeniu wojny, 1945 lub 1946 roku, wznowiła działalność swojej szkoły tańca, równocześnie pracowała też w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, gdzie pokazała swój talent w dziedzinie reżyserii i choreografii. W 1946 roku jej studium zostało upaństwowione. Zmieniono też jego nazwę, najpierw na na szkołę choreograficzną, a potem na ognisko choreograficzne, gdzie została zatrudniona na stanowisku dyrektora. Placówka podlegała Ministerstwu Kultury i Sztuki.

    Po likwidacji ognisk choreograficznych w 1948 roku z powodów finansowych Kamińska zaczęła pracować w świetlicach publicznych, a także w Miejskim Domu Kultury w Bielsku-Białej, później zaś w Wojewódzkim Domu Kultury w Katowicach, gdzie tworzyła i opiekowała się grupami tanecznymi, które wygrywały liczne nagrody i plasowały się w krajowej czołówce najlepszych w swojej dziedzinie. Ze swoim zespołem Czarne Diabły, złożonym z uczniów jej szkoły, zdobyła wiele osiągnięć na festiwalach międzynarodowych w Budapeszcie, Bukareszcie i Berlinie. Za działalność i sukcesy w ruchu artystycznym Kamińska otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta”.

    W dziedzinie choreografii i układów tanecznych wykorzystujących polski folklor stała się znana w kraju. Otrzymała propozycję pracy w istniejącym już wówczas Zespole Pieśni i Tańca „Mazowsze”, z której skorzystała. Należąc do zespołu, zajmowała się tworzeniem licznych układów tanecznych opartych na motywach narodowych i folklorystycznych. W tym czasie wśród śląskich władz wojewódzkich zakiełkowała myśl o stworzeniu podobnej do „Mazowsza” formacji. Pomysł ten doczekał się urzeczywistnienia w 1952 roku. Kamińską, jako znaną choreografkę, powołano w skład komisji kwalifikacyjnej do oceny kandydatów do Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”.

    Z chwilą rozpoczęcia działalności „Śląska”, czyli 1 lipca 1953 roku, Elwira Kamińska została zatrudniona na stanowisku choreografa bez wyznaczonego zakresu obowiązków. Oprócz spraw związanych bezpośrednio z tańcem dbała także o planowanie wydatków i pozyskiwanie środków finansowych na zakupy rzeczy niezbędnych do występów na scenie. Czasami musiała walczyć z dyrekcją, aby w pierwszej kolejności brano pod uwagę właśnie te potrzeby zespołu, gdyż w rzeczywistości to one były najważniejsze. To w szczególności dzięki jej staraniom, zaangażowaniu i bezinteresownej ofiarności w rozlicznych recenzjach prasowych, choćby tych, które ukazały się po koncertach w USA w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, pojawiały słowa uznania wyrażające oczarowanie ogólnym efektem występów. W „The Detroit Free Press” pisano na przykład, że takiej olśniewającej zawiei kolorów i tańca nie widziano tam od czasów Mojsiewa Aleksandrowa, a koncert Zespołu „Śląsk” to wspaniałe widowisko. Podobnych entuzjastycznych recenzji było mnóstwo. W dużej mierze to zasługa talentu, pracy pedagogicznej i dbałości Kamińskiej.

    Pierwszymi tancerzami stanowiącymi trzon „Śląska” byli członkowie amatorskiego zespołu domu kultury w Bielsku-Białej Czarne Diabły, tworzonego przez wychowanków studium tańca Kamińskiej z lat 1948–1952. Grupa ta pomagała swojej choreografce zbierać na Śląsku Cieszyńskim materiały etnograficzne dotyczące tańca oraz przyśpiewek, tym samym kładąc podwaliny pod przyszły program Zespołu „Śląsk”. Składała się ona z dwadzieściorga osób, wśród nich znalazły się Janina Marcinek, etnochoreolożka, znawczyni tańca ludowego, zwłaszcza śląskiego, Barbara Folwarczna, choreografka-konsultantka do spraw polskiej kultury i dziedzictwa narodowego na Kresach Wschodnich, a także Barbara Brandt, długoletnia asystentka Kamińskiej w „Śląsku”, pierwsza primabalerina.

    Kamińska stworzyła w nowo powstałym zespole rodzinną atmosferę. Była bardzo opiekuńcza, wspierała każdego, kto tego potrzebował, także finansowo – czasami niemal połowę swojej pensji przeznaczała na pomoc innym, a także na prezenty, którymi obdarowywała nas wszystkich, ot z wdzięczności za drobne przysługi. Interesowała się zespołową młodzieżą i ich życiem również poza pracą, rozwiązywała zaistniałe konflikty, także te w kwestiach osobistych. Wszystkim służyła rozsądną radą. Czuła się za tę swoją młodzież odpowiedzialna, bo byli to ludzie jeszcze bez doświadczenia życiowego, którzy mieszkali z dala od swoich rodzinnych domów. Była im więc niczym przybrana matka. Stworzyła ciepłą i przyjazną atmosferę, w której i ja czułam się dobrze. Byłam szanowana i ceniona, nie tylko za moją mozolną pracę.
    – To były najpiękniejsze lata! – mawiała Kamińska.

    A miała na myśli okres od czasu powstania zespołu do odejścia Hadyny, czyli do 1968 roku. Później, jak twierdziła, porwały się więzi rodzinne w „Śląsku”, przyszli nowi ludzie, do zespołu wkroczyła polityka. Wtedy, według niej, wszystko się zmieniło.

    Przewidywała, że wkrótce, a były to już lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia, wiek pierwszego składu zespołu zacznie być podważany. Większość członków „Śląska” miała już ponad trzydzieści lat, a statut przewidywał krzewienie kultury polskiej w kraju i za granicą przez zespół młodzieżowy. Wiedziała, że z tego powodu wielu członkom „Śląska” może grozić wypowiedzenie z pracy. Postanowiła jakoś im pomóc. Najpierw, aby nie zostali oni na lodzie, wystarała się o przydziały mieszkań we Froncie Jedności Narodu w Katowicach oraz u wojewody Jerzego Ziętka. Podjęła się ponadto rozmów z władzami o bardzo ważnej sprawie, mianowicie o wcześniejszym przechodzeniu na emeryturę artystów scenicznych. To Kamińska wpłynęła na zarząd Związku Zawodowych Pracowników Kultury i Sztuki przy Zespole „Śląsk”, aby się tą sprawą zainteresował i zaczął upominać się o takie prawo u najwyższych władz Polski. Byłam wówczas już zastępczynią głównego księgowego i sekretarzem związków zawodowych. Zarząd ich na czele z przewodniczącym Aleksandrem Szromem, tancerzem z Bielska-Białej, za radą Kamińskiej organizował zebrania na temat zasadności wcześniejszych emerytur dla członków „Śląska” po to, aby praca w zespole mogła zostać uznana za pracę w szczególnych warunkach. Artystów obowiązywałby wówczas piętnastoletni staż pracy, podobnie jak w górnictwie. Poprzez Centralną Radę Związków Zawodowych do Ministerstwa Kultury i Sztuki wpłynęło pismo o przyznanie wcześniejszych emerytur członkom zespołów artystycznych.

    Następnie ministerstwo przygotowało i przekazało wniosek do sejmu – został on rozpatrzony i przyjęty w 1973 roku. Aby jednak otrzymać świadczenie emerytalne, pracownicy artystyczni zespołów musieli zdobyć odpowiednie uprawnienia i kwalifikacje do wykonywania zawodu, wydawane i weryfikowane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki oraz Związek Artystów Scen Polskich.

    Kamińska ustaliła wiek uzyskania świadczeń emerytalnych w „Śląsku” – dla tancerki i tancerza odpowiednio było to czterdzieści i czterdzieści pięć lat, dla chórzystki i chórzysty odpowiednio czterdzieści pięć i pięćdziesiąt lat. Najważniejsze było by piętnastoletni staż pracy w szczególnych warunkach, co było wymogiem ustawy, łączył się dodatkowo z pięcioletnią pracą w innej dziedzinie, poza sceną.

    To wielka zasługa Kamińskiej, że nie zostawiła swoich podopiecznych bez szans na przyszłość i że walczyła, by po zakończeniu pracy w „Śląsku” nikt nie pozostał bez zabezpieczenia finansowego. Można powiedzieć, że ona jedyna rozumiała, jak ogromnym poświęceniem jest praca w zespole.

    Za swoją ofiarność dla „Śląska” sama niewiele dostała. Mieszkała w trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Grunwaldzkiej 4/1 w Katowicach, gdzie wprowadziła się w 1963 roku wraz ze swoją rodziną. Do Koszęcina dojeżdżała codziennie. Nie miała czasu dla siebie ani by udzielać się w jakichś dodatkowo płatnych zajęciach, choć w Zespole „Śląsk” wynagrodzenia za pracę nie były zbyt wysokie.

    Jak już wspominałam według Kamińskiej po odejściu Hadyny wszystko się zmieniło, a polityka wkroczyła do „Śląska”. Istotnie, przy zespole prężnie działały Podstawowa Organizacja Partyjna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Związek Młodzieży Socjalistycznej oraz Związek Zawodowy Pracowników Kultury, przekształcony w 1981 roku w Niezależny Samorządowy Związek Zawodowy „Solidarność”. Organizacje te chciały mieć wpływ na wszystko, co dotyczyło „Śląska”. Wymagały pisemnych uzgodnień, wyjaśnień i potwierdzeń od dyrektora, także w sprawach artystycznych, programowych. Zaś nowy dyrektor, który swą funkcję pełnił od 1968 roku, nie był artystą i choć był przychylny Elwirze Kamińskiej, nie mógł jednak czasami zrozumieć potrzeb artystów. Rozpoczęły się uciążliwe zebrania, tłumaczenia choreografki ze swoich przedsięwzięć artystycznych i decyzji wobec podwładnych, protokoły, łapanie za słowa. Pojawiły się wzajemne oskarżenia, pretensje, knowania, słowem wytworzyła się wyjątkowo nieprzyjemna atmosfera. Nastąpiły pewne zmiany personalne, dotknęły one nawet bezpośrednio Kamińską. Pomimo jej ofiarności i zasług dla zespołu w połowie 1981 roku została – rzekomo ze względu na swój wiek – zmuszona do przejścia na emeryturę. Tak z dnia na dzień. Było dla wszystkich prawdziwym zaskoczeniem.

    Ona sama bardzo to przeżyła. Była schorowana. Trudno stwierdzić, czy konieczność opuszczenia zespołu, któremu poświęciła dokładnie dwadzieścia osiem lat swojego życia, nie przyczyniła się do jej odejścia. Umarła w przeddzień uroczystości trzydziestolecia powstania Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, 30 czerwca 1983 roku, w wieku niespełna siedemdziesięciu lat. Pogrzeb odbył się w kaplicy cmentarnej przy ulicy Francuskiej w Katowicach.
    Zapamiętam ją jako osobę nad wyraz skromną, życzliwą, serdeczną, która nie lubiła pozować do zdjęć, trudno odszukać jej fotografię. Nie miała też czasu, by zadbać o udokumentowanie swojej biografii oraz nadzwyczajnych osiągnięć, a także nagród, które otrzymywała.

    Dowodem jej skromności może być pewne zdarzenie, które zaszło, kiedy toczyła się dyskusja nad projektem upamiętnienia w Koszęcinie zmarłej już wówczas Elwiry Kamińskiej. Odbywała się ona na zebraniu kierownictwa przy okrągłym stole konferencyjnym w holu, znajdującym się nieopodal salonu, gdzie mieszkała i pracowała przez dwadzieścia osiem lat.

    Z inicjatywą uczczenia pamięci Kamińskiej wyszedł przewodniczący Niezależnego Samorządowego Związku Zawodowego „Solidarność” przy Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk” Stanisław Kempa, który zaproponował ustawić jej popiersie w parku, w jednej z alejek. Rozpętała się burzliwa dyskusja, nawet ja się włączyłam i zaproponowałam coś bardziej odpowiedniego dla jej skromnej osoby – tablicę pamiątkową z wizerunkiem, która miałaby zostać przymocowana na ścianie zewnętrznej salonu, gdzie mieszkała. Dyrektor, Stanisław Tokarski, pracujący najkrócej z Elwirą Kamińską, też skłaniał się do tego pomysłu. Nagle zerwała się nad zamkiem wielka wichura. Błyskawice, grzmoty. Zgasło światło. To piorun trzasnął w ogromną, zabytkową, czteroramienną lipę z czasów Jana III Sobieskiego. Rozleciała się, pozostał tylko kawałek pnia. Wszyscy zaniemówiliśmy, popatrzyliśmy po sobie i myślę, że każdy z nas pomyślał to samo – to chyba znak, by zakończyć dyskusję o Kamińskiej.

    Niemniej to właśnie wtedy, 13 sierpnia 1987 roku, została ustalona forma upamiętnienia Elwiry Kamińskiej. Tablica pamiątkowa na ścianie zewnętrznej jej salonu – skromny gest uznania za ogrom pracy włożonej w zespół – została odsłonięta w czasie uroczystości trzydziestopięciolecia powstania Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” 1 lipca 1988 roku. Było bardzo skromnie i smutno, bez przemówień, nikt z rodziny nie przybył. W „Dzienniku Zachodnim” tak opisano to wydarzenie:

    Tablicę odsłonięto w sobotę, 1 lipca 1988 roku, podczas uroczystości trzydziestopięciolecia, poświęconą pamięci Elwiry Kamińskiej, współzałożycielce i choreografowi Zespołu „Śląsk”, współtwórczyni jego największych sukcesów.
    Nie przestaję wspominać Elwiry Kamińskiej. Jako jej długoletnia współpracowniczka i powiernica podziwiam jej hart ducha, który ujawniał się podczas zmagań z trudami organizowania przedsięwzięć artystycznych i innymi problemami życia codziennego.

    Szkoda, że jej układy taneczne oraz programy artystyczne nie zostały ujęte w formie publikacji przez jej wychowanków i następców. Choć mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tak się stanie.


    Kazimiera Maria Pyka
    długoletnia pracowniczka P.Z.L.P i T. „Śląsk” w Koszęcinie

    tel. (034) 3576 038