Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śląskie wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śląskie wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

książka „Śląskie wspomnienia” • Kazimiera Maria Pyka

fragment okładki


Publikacja Śląskie wspomnienia poświęcona jest egzystencji wiejskiej społeczności na Górnym Śląsku, wśród której autorka spędziła wiele lat swojego życia. W książce znajdują się opisy z życia dworu w Cieszowej, jego dzierżawcy, zarządców i ludzi tam pracujących. Autorka prezentuje warunki bytowe wiejskich nauczycieli wraz z ich problemami. Przedstawia w skrócie epizody ze swojego życia oraz z pracy córki i historii działalności chóru „Lutnia”, którego członkinią była przez wiele lat. Jeśli mowa o kulturze, nie zapomina o współtwórczyni i choreografce Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” – Elwirze Kamińskiej.




SPIS TREŚCI
  • Wstęp     
  • Dwór w Cieszowej – świadek wiekowej historii     
  • Krótka historia polskiej szkoły w Cieszowej     
  • Wspomnienie o nauczycielskiej rodzinie Szutów    
  • Wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz, mojej córce    
  • Moje wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz    
  • Zakończenie roku szkolnego 1947/1948    
  • O tradycjach sprzed pół wieku. Wspomnienie o Mastalerzowej, spotkaniach opłatkowych i maskenball     
  • Szlakiem 74 Górnośląskiego Pułku Piechoty     
  • Spacer ulicą Łazowską    
  • „Śladami naszych przodków”    
  • Wspomnienie o chórze „Lutnia”    
  • Wspomnienie o Elwirze Kamińskiej    
  • Źródła   



Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku

Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku. Na zdjęciu, od lewej, w pierwszym rzędzie: Wiesław Szuta, Kazimiera Pyka, Teresa Bok-Kulikowska, Roman Pyka

fot. Błażej Toborowicz
Kazimiera Pyka, fot. Błażej Toborowicz

Promocja książki "Śląskie wspomnienia" w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku. Na zdjęciu, od lewej, w pierwszym rzędzie: Wiesław Szuta, Kazimiera Pyka, Teresa Bok-Kulikowska


fot. Błażej Toborowicz























Promocja książki miała miejsce w Domu Kultury w Koszęcinie, 16 listopada 2013 roku.

Krótka recenzja: http://www.koszecin.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=648:lskie-wspomnienia&catid=35:aktualnoci


----
Kontakt: email: kazimiera.pyka@gmail.com telefon: (+34) 3576 038
----


Kazimiera Maria Pyka, Śląskie wspomnienia, Koszęcin 2013

© Kazimiera Maria Pyka – teksty
© Maria Teresa Żarska – Moje wspomnienie o Grażynie Pyce-Toborowicz
© Kazimiera Maria Pyka, rodzina Toborowiczów – fotografie 

Redakcja: Renata Sikorska

Na zdjęciu na froncie okładki:  Grażyna Pyka-Toborowicz

ISBN 978-83-935680-3-1

Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych w Koszęcinie, ul. Rzeczna 6, 42-286 Koszęcin

Nakład: 500 sztuk





Wspomnienie o Grażynie Toborowicz, mojej córce • Kazimiera Maria Pyka


Grażyna Toborowicz, w dniu ślubu

Chciałabym kilkoma słowami uczcić pamięć Grażyny Pyki-Toborowicz, długoletniej artystki solistki Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, choreografki, pedagoga wokalno-muzycznego, mojej jedynej córki.


fragment okładki

Koncertem w zamku w Koszęcinie, siedzibie „Śląska”, 21 września 2012 roku zainaugurowano świętowanie sześćdziesięciolecia powstania i pracy twórczej Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Kulminację obchodów roku jubileuszowego zaplanowano na 8 czerwca 2013 roku w Spodku w Katowicach.
Tych uroczystości nie doczekała moja córka, członkini drugiego już pokolenia artystów „Śląska”, która współtworzyła sukcesy zespołu w kraju i za granicą – Grażyna Pyka-Toborowicz, utalentowana artystka o niezwykłej wrażliwości, tancerka-śpiewaczka, solistka, członkini Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” przez ponad dwadzieścia lat, koszęcinianka.
A byłaby ważną postacią podczas tych wspaniałych obchodów, także dlatego, że od 2009 roku zajmowała stanowisko kustosza Izby Tradycji w „Śląsku”. Pewnie z zaangażowaniem przybliżałaby wszystkim wspomnienia i duchowe przeżycia, przywołując tym samym niezapomniane chwile sprzed lat. Tak jak przypominała je byłym artystom Zespołu „Śląsk” i ich rodzinom zwiedzającym wraz z nimi Izbę Tradycji. Szerokie zainteresowania Grażyny i jej doświadczenie w długoletniej pracy i uczestnictwie w „Śląsku” pozwalały jej przekonująco i ze znajomością folkloru prezentować wiedzę o działalności zespołu i śląskiej kulturze, o czym świadczą wpisy do Kroniki Izby Tradycji. Odwiedzający wystawę przyznali jej nawet tytuł Kustosza z Powołania.
Jednak nie dane jej było cieszyć się nowymi osiągnięciami z całym zespołem ani tak ważnym dla niego jubileuszem. Moja córka przegrała walkę z ciężką chorobą. Jej młode życie zgasło 31 stycznia 2012 roku. Przeżyła pięćdziesiąt cztery lata.
Współpracownicy „Śląska”, kiedy żegnali Grażynę na zawsze, pięknie ją wspominali, dziękując jej za dar artystycznej wrażliwości, za pasję i talent, z jakimi współtworzyła sukcesy Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Zapewniali, że na zawsze pozostanie w ich pamięci.






***
Grażyna Pyka-Toborowicz urodziła się 14 października 1957 roku w Lublińcu, w rocznicę ustanowienia Komisji Edukacji Narodowej w rodzinie o tradycjach nauczycielskich. Adolf i Hermina Szutowie, jej dziadkowie, tworzyli bowiem niemal od podstaw polskie szkolnictwo we wsi Cieszowa po powrocie Górnego Śląska do macierzy. Narodziny w takim dniu wróżyły według dziadków, że ich pierworodna wnuczka dołączy do ich pedagogicznego grona – od razu została „ustalona” przyszła profesja Grażynki.
Szczęśliwymi rodzicami zostali Kazimiera i Roman Pykowie, ja i mój mąż, a my paraliśmy się innymi zajęciami – ja pracowałam w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk” w Koszęcinie w dziale finansowo-księgowym, a mój mąż zajmował się rolnictwem jako agronom, zarządzał majątkiem w Państwowym Gospodarstwie Rolnym.
Można powiedzieć, że moja córka od dziecka wychowywała się w pobliżu sztuki, w atmosferze muzyki, śpiewu i tańca. Atmosfera sztuki wszechogarniała jej codzienny świat, co podkreśliła sama w jednym z wywiadów pod tytułem Od dzieciństwa marzyła mi się scena…. Udzieliła go jako pedagog wokalno-muzyczny zespołu folklorystycznego „Tęcza” prowadzonego w Gminnym Ośrodku Kultury, Sportu i Rekreacji w Poczesnej.

Kazimiera Maria Pyka

Kazimiera Maria Pyka


Kazimiera Maria Pyka urodziła się w 1935 roku w nauczycielskiej rodzinie. Kształciła się w zakresie ekonomii w Bielsku-Białej, skąd wywodzą się jej rodzice. Pracowała w ­dziale finan­sowo-księgowym w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk” od 1957 do 1997 roku. Pierwsze wspomnienia Kazimiery Pyki Życie nauczycieli na Śląsku – wspomnienie o ojcu zostały opublikowane w „Kronice Katowic” w 1999 roku. Kolejne – Wspomnienia z dzieciństwa w Bielsku-Białej w Lipniku – w książce Bielsko-Biała w zwierciardle czasu. Wspomnienia mieszkańców z lat 1900–1945 w 2012 roku.

Dwór w miejscowości Cieszowa - świadek wiekowej historii


Dwór w Cieszowej; 1937 rok


Przez wieki ziemiański dwór wpisywał się w krajobraz najpiękniejszej dzisiaj na Śląsku wsi Cieszowa, będącej niegdyś własnością książęcych i hrabiowskich rodów. Obecnie zabytek ten, można powiedzieć, ostatnimi siłami woła o ratunek. Przeznaczony jest do rozbiórki. Najpiękniejsza na Śląsku wieś – Cieszowa – tytuł swój uzyskała, biorąc udział w konkursie zorganizowanym w 2006 roku przez Wydział Terenów Wiejskich Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego z siedzibą w Katowicach. Cieszową zgłosiła do konkursu Dorota Strzoda, sołtys wsi, za pośrednictwem i aprobatą wójta gminy Koszęcin, której to gminie obecnie terytorialnie wieś podlega. W nagrodę Cieszowa otrzymała osiem tysięcy złotych na dalszą działalność, w tym na utrzymywanie zabytków, które w oczach chylą się ku upadkowi. Remontu szczególnie wymaga wiekowy dwór zwany rządcówką, w dawnym czasie dominujący akcent malowniczej wsi i poniekąd źródło egzystencji mieszkańców.

Do folwarku wjeżdżało się z głównej drogi przez bramę drewnianą, umocowaną do szerokich, stojących po bokach murowanych słupach. Utwardzona droga wiodła lekko pod górkę, aż na dziedziniec, który był otoczony zabudowaniami gospodarskimi i budynkami mieszkalnymi, zwanymi czworakami. Z okien od północnej strony dworu obserwować można było każdy ruch na dziedzińcu, żyjących i pracujących tam ludzi i zwierzęta.

Naprzeciwko okien i wejścia do rządcówki, pomiędzy kasztanowcami tworzącymi półkole, znajdowała się studnia. W cieniu drzew można się było schronić przed żarzącym słońcem i zaczerpnąć łyka źródlanej wody prosto ze studni.

Cieszowa należy do najstarszych wiosek ziemi śląskiej. W zapisach Księgi uposażeń biskupstwa wrocławskiego z 1305 roku znajduje się wzmianka o jej istnieniu, czyli mówi się o niej na początku XIV wieku. Można przypuszczać, że już wówczas należała do najpiękniejszych wsi, które były prywatnym majątkiem panów stawiających ziemiańskie dwory i pałace.

Od zarania Cieszowa miała swoich panów i dwór, który dziś stoi w ruinie, a który na przestrzeni wieków często zmieniał swoich mieszkańców. W zapisach historycznych można odnaleźć informacje, że właścicielami były rody książęce, hrabiowskie, baronowskie, niejednokrotnie osoby zasłużone dla ojczyzny, jak na przykład Albert, piastowski książę wielkostrzelecki i niemodliński, który władał wsią w latach 1358–1422, czy Marbo Świętopełek, rycerz pochodzący z rodu Cieszowskich herbu Lis. Najdłużej panującym rodem w Cieszowej, przez ponad sto lat, a więc przez kilka pokoleń, byli hrabiowie Cieszowcy, którzy rządzili majątkiem w latach 1524–1628. Potem, w latach 1676–1780, wieś przeszła w ręce baronowskiego rodu Strachwitzów, władających Cieszową do czasu, kiedy w 1778 roku spłonął w pożarze zameczek w południowej części wsi. Zakupili wówczas posiadłość od hrabiny Zofii von Larisch w Kamieniu Śląskim i tam rezydowali do 1945 roku. Od 1780 roku przez osiem kolejnych lat właścicielem Koszęcina i Cieszowej był hrabia Karol Henryk II Sobek. W 1778 roku pojawili się dzierżawcy Cieszowej: ród kilku pokoleń Schindlerów, począwszy od Chrystiana Schindlera, zarządzający wsią do 1892 roku. Potem majątek przejął ród książęcy Hohenlohów. Ostatnim dzierżawcą w dobrach księcia Hohenlohego był od 1932 roku Herman Burgund. Odebrał on dwór od inspektora Riedela, który piastował stanowisko zarządcy gospodarstwa od 1920 roku. Dzierżawa została zawarta na szesnaście lat, to jest do końca 1948 roku. Jednak Herman Burgund zachorował na gruźlicę i zmarł 6 czerwca 1934 roku w Cieszowej, gdzie został pochowany (jego grób znajduje się po prawej stronie cmentarza i do dziś jest pielęgnowany).

Po śmierci Hermana Burgunda majątek cieszowski dzierżawiła jego żona Elżbieta Burgund wraz ze swoją siostrą Anną Jarosz oraz jedynym swoim synem Eugeniuszem. Jednak wybuch drugiej wojny światowej spowodował, że rodzina w upokorzeniu musiała opuścić majątek. Byli to ostatni prywatni dzierżawcy pochodzenia szlacheckiego minionej epoki. Ten sam los spotkał także właściciela księcia Karola Gotfryda Hohenlohego von Ingelfingena z Koszęcina. W tym przejściowym okresie majątkiem w Cieszowej zajmowali się pozostali na posterunku tak zwani szafarze Augustyn Pyka i Piotr Pasieka. Nie mieli jednak wpływu na jego rozgrabianie przez stacjonujące na tych terenach w czasie wojennym wojsko sowieckie.

Następnie budynek dworski zajęła komenda wojskowa, co doprowadziło do całkowitego rozgrabienia inwentarza żywego i pozostałych zapasów magazynowych, w tym płodów rolnych i wszystkiego, co się tylko dało wywieźć. Po opuszczeniu folwarku przez komendę majątek przeszedł w ręce nowej organizacji, Zarządu Okręgowego Państwowych Nieruchomości Ziemskich w Opolu, i częściowo został rozparcelowany, zgodnie z reformą rolną, na miejscowe gospodarstwa chłopskie. Przedstawicielem zarządu był porucznik z Lublińca Roman Sobieszczański, który w opustoszałym folwarku w pierwszej kolejności zgromadził poniemieckie bydło oraz zapasy płodów rolnych i żywności. Pod koniec 1946 roku na stanowisko kierownika – zarządcy majątku został oddelegowany Władysław Długosz. Pochodził on z Woźnik i był synem Norberta, właściciela posiadłości Śliwa. Praktykował zarządzanie gospodarstwami i pracował w dworach księcia Hohenlohego von Ingelfingena w Koszęcinie. Zamieszkał w rządcówce jako pierwszy kierownik Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Cieszowej. Czteropokojowe mieszkanie z prawej strony należało do niego, biuro i pokoje z lewej strony zajął Roman Sobieszczański, zatrudniony wówczas na stanowisku księgowego gospodarstwa.


Wyjście do ogrodu przez taras od strony południowej; rodzina Burgund; 1937 r.


Do dworu wchodziło się przez sień od północnej strony, od podwórza. Z drugiej, południowej strony sieni wejść można było na werandę, skąd przez drewniane dwuskrzydłowe drzwi szło się na tarasik i szerokimi schodami do gustownie ukwieconego, malowniczego ogrodu, po którym majestatycznie stąpały kolorowe, dumne pawie, pozostałe z czasów tak zwanych pańskich (w tym frontowym miejscu stoi obecnie przeniesiony z sąsiedniego ogrodu spichlerz).

Można powiedzieć, że tak jak w dawnych czasach tak i w nowych ośrodkiem życia każdego dworu było mieszkanie zarządcy. Wchodziło się do niego przez kuchnię z piecem węglowym, znajdującym się w lewym rogu pomieszczenia. Do pokoju stołowego prowadziły drzwi z kuchni, a z niej szło się do pokoju wypoczynkowego i sypialni, dalej przez sień do dalszych pomieszczeń po drugiej, lewej stronie dworu. Mieszkanie urządzono kunsztownymi meblami dębowymi ozdobionymi dekoracyjną stolarką. Podłogę z szerokich desek pomalowanych na kolor bordowy farbą olejną zaścielono wzorzystymi perskimi dywanami. W każdym rogu pokoju stały piece kaflowe z ozdobnych kafli. Wszelkiego rodzaju drobny sprzęt zaspokajał potrzeby użytkowe i estetyczne, zwłaszcza przechowywane pamiątki oraz rozwieszone na ścianach obrazy i kilimy.

Dwór został podpiwniczony na całej powierzchni. Piwnice były wykorzystywane do magazynowania zapasów żywności, a specjalnie wyznaczona część służyła jako chłodnia do przechowywania w konwiach mleka (od codziennie dojonych krów), zanim zostało ono odwiezione do mleczarni do Lublińca przez folwarcznych wozaków. Konwie umieszczano w betonowym zbiorniku, do którego wkładano lód, zwieziony zimą z okolicznych stawów. Można powiedzieć, że dwór od wczesnego rana do późnego wieczora funkcjonował jak dobrze zorganizowany organizm. Stale się coś działo w gospodarskich budynkach. Pracownicy byli odpowiedzialni za przydzielony im pod opiekę inwentarz żywy i gospodarstwo, wymagające całodobowego nadzoru i troski. Każdy znał swoje miejsce i wiedział, co do niego należy. Praca była organizowana przez szafarzy. Godzinę jej rozpoczęcia oznajmiał dzwon umieszczony na ścianie budynku dworskiego. Wówczas to z domów wychodzili pracownicy i przyjmowali wyznaczane im przez zwierzchników zadania. Tak było zarówno przez całe wieki, jak i w czasie, kiedy majątek został już upaństwowiony. Praca była kontrolowana przez zarządcę, który codziennie wizytował pole na koniu lub dwukołówką. Natomiast państwo wsiadali na bryczkę zaprzężoną w parę koni i ze stangretem wyjeżdżali do miasta lub na przejażdżkę z gośćmi.

Władysław Długosz jako kierownik Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Cieszowej pracował do 1951 roku, potem został przeniesiony do dworu w Koszęcinie. Wówczas nastąpiła reorganizacja administracyjna i gospodarstwa przekazano Państwowemu Ośrodkowi Hodowli Zarodowej. Kierownikiem Cieszowej został na krótko Leon Szempliński z Puław, a następnie Wrzecionkowski, ziemianin z Poznania. Ci zarządcy pochodzili z rodów szlacheckich, co było nie na rękę ówczesnej władzy, która kształciła swoich nowych kierowników. W 1954 roku na dłuższy okres został zatrudniony Edwin Łukiewski, a potem inni, aż do czasu całkowitej likwidacji PGR-u i sprzedaży pozostałości majątku prywatnym gospodarzom. Dwór zaś opustoszał. Zostały wybudowane nowe bloki dla pozostałych pracowników.



Dwór w Cieszowej; 2006 rok

Zabudowania dworskie, nieremontowane, popadają w ruinę. Przeznacza się je więc do rozbiórki. Jak gdyby celowo chciałoby się zrównać z ziemią przeszłość.

W powojennej polskiej rzeczywistości tragiczny los spotkał dwory, niegdyś wzory organizacji pracy i życia na wsi, w których pielęgnowano tradycje i obyczaje, wychowywano młode pokolenia w duchu miłości ojczyzny i przekazywano wartości duchowe z pokolenia na pokolenie.

Wieś, gdzie znajdował się dwór, rozwijała się. Ludzie mieli pracę i możliwość edukacji. Odczuwali stabilizację, dzięki stałemu miejscu zamieszkania, także towarzystwu bliskiej rodziny. Wiedzieli, gdzie są ich korzenie.

Ale to już historia – rozparcelowany i zlikwidowany majątek ziemski nigdy nie powróci już do swej świetności sprzed lat. Jednak sam odrestaurowany budynek dworski mógłby na co dzień posłużyć mieszkańcom jako ośrodek kultury i edukacji. Mógłby jak niegdyś cieszyć oczy blaskiem swej niepowtarzalnej historii, jako symbol szlacheckiego domu rodzinnego, i dawać wskazówki na życie.

Można by zadać pytania: co zrobić, aby ocalić od rozbiórki szesnastowieczny skromny dwór w Cieszowej i przeznaczyć go na obiekt użyteczności publicznej dla miejscowej społeczności i ruchu turystycznego w gminie Koszęcin? w jaki sposób uczcić pamięć zwłaszcza tych rodów, które niejednokrotnie okazały swą dobroć poprzez swoją postawę i przywiązanie do społeczności cieszowskiej?

By wspomnieć tu na przykład Jana Maurycego Moritza, biskupa i barona ­von Strachwitz, który urodził się w Cieszowej w 1720 roku, a umarł we Wrocławiu w 1781 roku. Nie zapomniał on o swoich ojczystych stronach i przeznaczył dla kościoła w Cieszowej i dla ubogich rodzin oraz chorych mieszkańców wsi pokaźną sumę, prosząc tylko o pamięć o nim we mszy świętej i modlitwę za jego duszę. Postępowanie szlachetne i wzruszające. Z kolei książę Karol Gotfryd von Hohenlohe, ostatni właściciel wsi, który w 1945 roku opuścić musiał swoje ziemie, co roku w Boże Narodzenie przyjeżdżał do Cieszowej jako święty mikołaj i obdarowywał sowicie mieszkańców, szczególnie dzieci, interesując się ich zdrowiem i losem. Nie sposób wymienić dobroci i zrozumienia i innych ludzi, z którymi wieś była związana w ciągu wieków.

Warto tu dopisać ostatnie losy dworu w Cieszowej. Został on zakwalifikowany w 2007 roku do konkursu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Konserwatorów Zabytków i Politechnikę Śląską, w którym zdobył pierwsze miejsce i tytuł Zabytku Roku 2008. Dworem mieli się zająć różni specjaliści w celu sporządzenia dokumentacji w postaci inwentaryzacji i projektów odbudowy niezbędnych dla pozyskania środków finansowych na jego rewitalizację. Jednak radni urzędu gminy postanowili inaczej. Obiekt wystawiony został na sprzedaż.



Opracowano na podstawie wspomnień oraz materiałów źródłowych:

Józef Wysocki – Cieszowa, gmina i Wieś. Rys Historyczny.

"Echo gminy Koszęcin"



Kazimiera M. Pyka

Sekretarz Stowarzyszenia Inicjatyw Społecznych w Koszęcinie



http://www.cieszowa.za.pl/index_pliki/Page348.htm#200

Wspomnienie o nauczycielskiej rodzinie Szutów




Adolf Szuta urodził się przed stu laty, 20 kwietnia 1906 roku, w Bielsku-Białej. Uznać go można za prekursora polskiego szkolnictwa na Górnym Śląsku, gdzie został, jako absolwent Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego w Bielsku-Białej, skierowany, jak wielu innych, tuż po plebiscycie w ramach repolonizacji tego regionu. Wydany mu nakaz pracy w powiecie lublinieckim był decyzją Wydziału Oświecenia Publicznego, podlegającego wojewodzie śląskiemu i kuratorowi, Michałowi Grażyńskiemu.

Od września 1925 roku rozpoczął pracę nauczyciela tymczasowego w szkole powszechnej w Kokotku, a następnie w Kośmidrach i Olszynie. Jego pedagogiczne powołanie okazało się niezwykle przydatne, zwłaszcza w propagowaniu kultury polskiej. W trudnych warunkach nauczał oraz działał jako społecznik w Związku Harcerstwa Polskiego, udzielał się też w licznych inicjatywach kulturalnych, czym zyskał sobie zaufanie otoczenia. Nie tracił czasu: kontynuował równocześnie swoją naukę. Zdanym egzaminem ukończył Państwowe Wyższe Kursy Nauczycielskie w Katowicach i w 1932 roku uzyskał dyplom i status nauczyciela stałego. Pracował wówczas w szkole w Olszynie koło Herbów.

W 1934 roku w drodze konkursu został powołany na stanowisko kierownika publicznej szkoły powszechnej w gminie Cieszowa przez wojewodę śląskiego Grażyńskiego. W placówce tej nauczał przez trzydzieści sześć lat, z przerwą okupacyjną.
Adolf Szuta

Zmienił swój stan cywilny w 1934 roku, żeniąc się z Herminą Chotek z Bielska-Białej, także pedagogiem, absolwentką z 1930 roku tamtejszego Prywatnego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Świętej Hildegardy, prowadzonego przez siostry zakonne. Hermina chciała pomagać w nauczaniu na Górnym Śląsku, choć praca dydaktyczna i wychowawcza była tam utrudniona, ponieważ miejscowa ludność przez lata uległa poważnym wpływom niemieckim. Jednak jako młoda mężatka nie mogła pracować na etacie, gdyż od 1926 roku obowiązywała na Górnym Śląsku ustawa celibatowa, a to było równoznaczne ze zwolnieniem nauczycielek mężatek, czego Hermina nie przewidziała. Nie mogąc się z tym pogodzić, podjęła pracę jako wolontariuszka i zajęła się przyswajaniem polskiej kultury i wartości patriotycznych śląskim dzieciom. Z czasem praca z dziećmi i młodzieżą starszą wykonywana poza ich zajęciami szkolnymi zaczęła przynosić efekty. Władze oświatowe zadecydowały więc, żeby w drodze wyjątku otrzymała pół etatu, a od 1936 roku już cały. Można z przymrużeniem oka powiedzieć, że swoim bezinteresownym zaangażowaniem obaliła prawo zakazujące wykonywania pracy mężatkom, gdyż już w 1938 roku ustawa została zniesiona. Do 1939 roku nauczała wraz z mężem w publicznej szkole podstawowej w Cieszowej, gdzie dzięki ich pracy wzrósł poziom kształcenia i wychowania w duchu polskiej kultury.

Owocną i powoli stabilizującą się pracę pedagogów po pierwszej wojnie światowej nieoczekiwanie przerwał wybuch drugiej.
Adolf Szuta został zmobilizowany 26 sierpnia 1939 roku do obrony narodowej jako podoficer 74 Górnośląskiego Pułku Piechoty z Lublińca. Jednak już 19 września 1939 roku, po bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, wzięto go do niewoli niemieckiej i umieszczono w stalagu Fallingbostel koło Hanoweru, gdzie przebywał przez całą, długą okupację. W obozie brał czynny udział w tajnym nauczaniu jeńców wojennych, w tym także analfabetów. Po wyzwoleniu przez aliantów 3 maja 1945 roku został przewieziony do Lille we Francji, gdzie w ambasadzie polskiej pracował jako pedagog w latach 1945–1946.



Natomiast Hermina Szuta, która po powołaniu męża została sama z dwojgiem małych dzieci, czteroletnią córką i dwuletnim synem, musiała opuścić służbowe mieszkanie w pośpiechu, pozostawiając cały dobytek, i wyjechać do rodziców do Lipnik, obecnie dzielnicy Bielska-Białej. Zostawiła tam swoje pociechy pod opieką bliskich, a sama dołączyła do „uciekinierów”, którzy udawali się na Wschód (jak dzisiaj wiemy, nie wiadomo po co). Po powrocie z tułaczki Hermina musiała się ukrywać ze względu na swój zawód. Dopiero w 1940 roku rozpoczęła pracę w fabryce zbrojeniowej. Obsługiwała maszynę w odlewni jako jedyna kobieta pośród męskiej załogi. Ciężka to była praca: na zmiany, po dziesięć godzin dziennie, z koniecznością przejścia pięciokilometrowego dystansu przed i po pracy. Ten bardzo trudny i wyczerpujący okres okupacyjny, z dwojgiem małych dzieci i prześladowaniami na każdym kroku, trwał do 1945 roku, kiedy to nadeszło wyzwolenie.

Po powrocie ostatnim transportem repatriacyjnym do Bielska-Białej, to jest w lipcu 1946 roku, Adolfa Szutę spotkało się wrogie przyjęcie ze strony ówczesnych władz. Nie otrzymał pracy w zawodzie nauczycielskim i został zmuszony do powrotu na Górny Śląsk, choć miał nadzieję, że pozostanie w rodzinnych stronach, gdyż cały czas o tym właśnie marzył.

Mieszkańcy Cieszowej za to przyjęli go wraz z żoną bardzo życzliwie, proponując im powrót na poprzednie stanowiska w publicznej szkole powszechnej. Wymagane i zorganizowane przez mieszkańców minireferendum zaakceptowały władze oświatowe. Skłonione dziwnym zbiegiem okoliczności do pozostania w Cieszowej małżeństwo polskich nauczycieli pogodziło się z wyznaczonym im przez los miejscem zamieszkania, już po raz drugi. Oboje też odczuli zachowanie mieszkańców jako bardzo szlachetny wyraz udzielenia im pomocy w potrzebie, a także jako wyraz przychylności dla ich pobytu i uznania dla ich pracy przed wojną. Górnośląska wieś wraz z jej mieszkańcami stała się dla nich wyjątkowym miejscem, które szanowali i w którym pozostali już do końca swoich dni, choć mieli początkowo inne plany.




Zaraz po przyjeździe ze wzmożoną siłą rozpoczęli działalność pedagogiczną i społecznikowską, jaką prowadzili przed wojną. Trzeba było na nowo zwalczać analfabetyzm.

Szkoła była prowadzona wzorowo i wyróżniana. Na ręce kierownika placówki składano podziękowania i wyrazy uznania za wybitne osiągnięcia w wychowywaniu młodzieży i wyniki w jej nauczaniu. Adolf Szuta został między innymi odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi oraz Złotą Odznaką Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Pełnił ponadto funkcję kierownika powiatowych ognisk metodycznych nauczania klas łączonych, udzielał wskazówek innym pedagogom, przeprowadzał egzaminy kwalifikacyjne na nauczycieli klas łączonych w szkołach powszechnych powiatu lublinieckiego. Brał czynny udział w reformie oświaty w województwie katowickim, za co otrzymał oficjalne „podziękowanie za pracę włożoną w przygotowanie odpowiednich warunków dydaktyczno-wychowawczych do reformy szkolnej” od Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach w 1962 roku.

Niedługo przed przejściem na emeryturę otrzymał również podziękowania z Ministerstwa Oświaty za wybitne osiągnięcia w wychowywaniu młodzieży i wyniki w jej nauczaniu oraz za długoletnią pracę społeczno-oświatową. W 1969 roku przeszedł na emeryturę, jednak pracował nadal do końca czerwca 1975 roku na niepełnym etacie w Koszęcinie i w Sadowie. Na wieczne wakacje udał się 4 lipca 1975 roku, po przepracowaniu półwiecza jako pedagog na Górnym Śląsku, gdzie pozostał na zawsze, przeżywszy sześćdziesiąt dziewięć lat.

Cztery lata po mężu na zasłużone wakacje, 12 lipca 1979 roku, w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat odeszła żona Hermina Szuta, która także do końca swych dni pracowała w zawodzie, w sumie było to czterdzieści pięć lat.

Przy zabytkowym kościółku Świętej Trójcy w Koszęcinie, naprzeciwko zachodniego wejścia, w rzędzie pomników żołnierzy września 1939 roku, spoczywa nauczycielska rodzina publicznej szkoły powszechnej w Cieszowej.

Pozostawili po sobie jednak spadkobiercę swoich nauczycielskich pasji. Marian Stanisław Szuta urodził się już po wyzwoleniu, 6 maja 1952 roku (dwójka dzieci urodzonych przed wojną wybrała inną niż rodzice drogę zawodową). Można powiedzieć, że najmłodszy syn odziedziczył zdolności i predyspozycje do nauczania. W tym też kierunku się kształcił. W 1976 roku, już po śmierci ojca, obronił pracę na Wydziale Historii ukończył Uniwersytet Śląski w Katowicach i otrzymał dyplom magistra.

Marian Stanisław Szuta, osierocony przez rodziców, mieszkał samotnie w Katowicach i pracował w kilku szkołach na terenie tegoż miasta. Jednocześnie, tak jak jego rodzice, bezinteresownie zajmował się pracą społeczną. Wykorzystując swoje umiejętności i dar wykładowczy, przybliżał innym historię Polski i świata. Częste kontakty utrzymywał z Duszpasterstwem Akademickim Katowice. Brał udział w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, opracowując wykłady i spotykając się z uczestnikami programu. Współpracował z dyrektorem Caritas Archidiecezji Katowickiej księdzem prałatem Marianem Malcherem. Nawiązał też kontakt z redakcją tygodnika Katolickiej Agencji Informacyjnej archidiecezji katowickiej i jako historyk-dziennikarz pomagał w przygotowywaniu kolejnych numerów biuletynu.



Jako dobrze zapowiadający się dziennikarz został zatrudniony w Wydawnictwie Kurii Metropolitarnej w Katowicach, gdzie pracował w redakcji „Gościa Niedzielnego”. Wkładał jednocześnie sporo wysiłku w rozpoczęcie przewodu doktorskiego na temat Polonii amerykańskiej i Ślązaków w Teksasie. Kilku opracowań nie opublikowano. W związku z przygotowaniami do otwarcia przewodu doktorskiego udzielał się społecznie w Górnośląskim Oddziale Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” w Katowicach, którego prezesem był Stefan Lewandowski.

Jednak „człowieka wielkiego serca, niezwykle wrażliwego, bogobojnego, pedagoga, rzecznika i propagatora idei na rzecz Polonii i Polaków za granicą”, jak się o nim wypowiadał zarząd „Wspólnoty Polskiej”, zabrała na zawsze nagła śmierć w dniu 7 czerwca 1994 roku. Miał właśnie wyjechać do Londynu, gdzie otrzymał od Polonii propozycję pracy, jako że znał język angielski.

Niezwykła energia twórcza i duchowa, ofiarowywana wszystkim, z którymi się zetknął w swoim życiu, pozostanie na zawsze w pamięci. Szczególnie uwidaczniała się ona w działaniach na rzecz jednoczenia Polaków i wychowywania młodego pokolenia dziedziców polskości na obczyźnie.

Pamięć o rodzinie nauczycielskiej Szutów jest kultywowana od trzydziestu lat, bo tyle upłynęło czasu od śmierci Adolfa (od śmierci Herminy minęło dwadzieścia pięć lat, a od śmierci Mariana dwanaście). Z inicjatywy wdzięcznych mieszkańców Cieszowej co roku odprawiane są msze święte w zabytkowym kościółku, znajdującym się w sąsiedztwie szkoły, z okazji przypadających rocznic związanych z rodziną Szutów i ich pobytem w tej górnośląskiej wsi.

Można powiedzieć, że każde dobro zasiane w świecie, mimo upływu lat, mimo trudnych warunków, mimo przeciwności losu, zaowocuje.

Trudów pracy pedagogicznej podjęły się znów wnuki w powiecie lublinieckim.



Kazimiera Maria Pyka /KMP/
listopad 2005 r.

Kronika Katowic, tom III
wydana w 1999 r., str. 283-309

Encyklopedia ZNP woj. Śl.,2002 r.
część III, str.325-326
Encyklopedia ZNP, 2005 r.
woj. Śl. , część IV, str. 125-136 listopad, 2005
Reportaż Dz. Z. 14 X 2005 r.
Pt. „Miłość albo praca”
Grażyna Kuźnik